Lalka mamy

Zawahałam się przed wejściem do pokoju mojej mamy w szpitalnym skrzydle domu opieki. Jak zawsze, żeby przekroczyć próg, musiałam uporać się ze swymi uczuciami; przygotować się na widok twarzy mamy, jej pusty wzrok. Za każdym razem, kiedy ją odwiedzałam, wydawała się coraz bardziej odległa.
Postępujący wiek i choroba odebrały jej niemal wszystko. Nie mogła już chodzić. Wspomnienia dawnych wydarzeń i znajomych ludzi — nawet rodziny — zatarły się w jej pamięci. Żyła w świecie ograniczonym do teraźniejszości.
Wzięłam głęboki oddech, zmówiłam modlitwę i weszłam do środka. Mama siedziała na krześle przy oknie; światło słoneczne sprawiało, że jej siwa głowa wydawała się otoczona aureolą. Obróciła się i spojrzała na mnie zakłopotana. Przypomniałam jej, kim jestem.
— Atak — powiedziała, a ja podeszłam do szafki mieszczącej kilka przedmiotów, dzięki którym ciągle mogłyśmy nawiązać kontakt.
Przechowywałam Emmę w pudełku na górnej półce. W czasie jednej z naszych ostatnich wypraw, zanim mama utraciła zdolność chodzenia, poszłyśmy na lunch. Buszując potem po sklepie z pamiątkami, natrafiłyśmy na lalkę, która sprawiła, iż oczy mamy zabłysły radością. Była to szmaciana lalka z lśniącym, porcelanowym uśmiechem i naszywką z imieniem Emma. Kryło się w niej jednak coś nietuzinkowego. Mama była tak bardzo zachwycona lalką, że kupiłam ją natychmiast.
Teraz wyciągnęłam Emmę z pudełka i podałam mamie.
— To dla mnie? Z jakiej okazji? Co za cudowna lalka! — powiedziała zaskoczona. — Wygląda tak naturalnie!
Przed atakiem choroby Alzheimera mama była profesjonalną portrecistką. Ekspresywna twarz Emmy wydawała się przypominać jej o sprawach ważnych dla artysty. Uśmiech był po prostu czarną linią, ale wydawał się przekonujący. Biała plamka w każdym oku dodawała lalce żywotności. Dołeczki w policzkach i bulwiasty nos były zarazem komiczne i przemiłe. W pewien sposób, zgadywałam, mama wciąż doceniała pracę, jaka została włożona w wykonanie Emmy.
Lalka wzbudziła uczucia także we mnie. Przeniosła mnie do czasów dzieciństwa, kiedy to często przyglądałam się mamie malującej portrety. Jej pędzel był magiczny. Uważałam, że przedmioty, które maluje, wyglądają lepiej na płótnie niż w rzeczywistości. Pewnego razu mama użyła swojej magii dla mojej lalki.
Przyjaciółka miała lalkę, którą podziwiałam. Błagałam rodziców, żeby na Boże Narodzenie kupili mi taką samą — z błyszczącymi turkusowymi oczami, powłóczystymi czarnymi rzęsami i platynowymi włosami. Chciałam mieć na własność tak wspaniałą istotę.
Lalka, którą dostałam, nie była ani trochę podobna do tamtej. Pozbawiona uroku, nie przyciągała uwagi. Przeżyłam ogromny zawód. Czułam się tak, jakbym marząc o truskawce, dostała rzepę.
Nie chciałam zranić uczuć rodziców. Dziękowałam im, jak umiałam najlepiej, ale spostrzegawcze oko mamy dostrzegło moje rozczarowanie. Wyciągnęła swoje farby olejne, pędzle i zabrała się do pracy. Namalowała małe czerwone kropki w wewnętrznych kącikach oczu, nadając im nowe życie. Delikatnie wygięła linię brwi i ust. Obserwowałam, jak twarz mojej lalki nabiera życia. Olśniewająca — nie, wyjątkowa — tak. Nazwałam ją Anią, na cześć mieszkanki Zielonego Wzgórza, i odtąd stała się moją ulubioną lalką.
Mama nauczyła mnie tego, że trzeba przyjmować to, co życie zsyła — nawet rozczarowania — i obracać je w coś dobrego. Było to przekonanie osadzone w chrześcijańskiej wierze. Dzięki temu starałam się znaleźć jakieś dobre strony nawet w chorobie mamy. Pozowałam do portretów w domowej pracowni do czasu, aż mama utraciła zdolność rysowania. Bezradne przyglądanie się temu, jak roztapia się ów cudowny dar, łamało mi serce. Jednak ciągle się nie poddawała. Chodziłyśmy na długie spacery i nawet wtedy, kiedy mama nie pamiętała jak nazwać chmury czy drzewa, podziwiała ich piękno.
Gdy nie mogła już spacerować, jej świat ograniczył się do niej samej. Zagłębiając się w rozpaczy, spędzała większość czasu, siedząc na krześle przy oknie. Tylko ta lalka wydawała się wzbudzać w niej nieco radości. Być może ta wesoła, szmaciana panna w jakimś sensie triumfowała nad nieszczęściem.
Mama przytuliła Emmę i zaśmiała się, potem podała mi ją.
— Ty ją weź — powiedziała. — Naprawdę powinnaś ją mieć.
Zamarłam. Czyżby pamiętała Anię?
— Nie, mamo, dziękuję. Ona jest twoja, zobacz.
Pokazałam mamie, że jej imię było przyczepione do sukienki Emmy.
— Nigdy nie widziałam niczego tak wspaniałego jak ona! — wykrzyknęła mama, biorąc z powrotem
Emmę i przytulając ją do siebie.
Obserwowałam jeden z dziwnych objawów choroby Alzheimera. Za każdym razem, kiedy wyciągałam lalkę i mama spoglądała na nią, wyrażała radość, jakby ujrzała Emmę po raz pierwszy. Czułam się bardzo związana z mamą przez te lalki — jedną z dawnych czasów, dzięki której nauczyła mnie, jak przekształcać rozczarowanie w radość, i drugą, która pozwalała mi teraz dotrzeć do mamy w jej ciemności. Przypomniał mi się wers z Drugiego Listu do Koryntian: „My wszyscy tedy, z odsłoniętym obliczem, oglądając jak w zwierciadle chwałę Pana, zostajemy przemienieni w ten sam obraz, z chwały w chwałę, jak to sprawia Pan, który jest Duchem” (3,18).
Gdy mama spogląda przez okno w swoim pokoju, może nie wiedzieć, jakimi słowami nazwać piękno, które ciągle dostarcza jej radości — ptaki, światło słoneczne, rodzina. Ale mimo to wiem, że go doświadcza, ponieważ tym pięknem, którego nigdy nie zapominamy, jest boska chwała.

Mary Ellen Rothrock, Upland, Indiana

Źródło: „Cuda zdarzają się co dzień. Antologia opowiadań prawdziwych”, Media Rodzina, Poznań, 2001.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Śledzik
  • Blogger.com
  • Google Buzz
  • Twitter

O SiegnijPoZdrowie

Stowarzyszenie Promocji Zdrowego Stylu Życia - filia w Poznaniu
Ten wpis został opublikowany w kategorii Słowa, które leczą. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *