Dotyk Ramony

Zaledwie parę tygodni po operacji wybrałam się do gabinetu doktora Belta na kontrolę. Kilka dni wcześniej zostałam po raz pierwszy poddana chemoterapii.
Blizna wciąż była bardzo wrażliwa, spodnia część ramienia pozostawała zaś zupełnie odrętwiała. Cały ten wachlarz nieznanych mi wcześniej, dziwacznych wrażeń przywodził na myśl dzielenie z jakimś nowym współlokatorem dwupokojowego mieszkania, które niegdyś nazywano moim biustem, a teraz wdzięcznie określano „piersią i klatką piersiową”.
Udałam się do laboratorium, gdzie zawsze pobierano mi krew, co z powodu mojego panicznego strachu przed igłami nieodmiennie stanowiło dla mnie przerażające doświadczenie.
Położyłam się na łóżku. Celowo włożyłam stanik i grubą, obszerną, flanelową koszulę, aby wyglądało to na najzwyklejszy dobór ubrania. Luźny strój miał maskować moją „nową” klatkę piersiową, a biustonosz służył jako jej ochrona. Guziki przy koszuli miały ułatwić lekarzowi dostęp do blizny.
Do sali wkroczyła Ramona. Jej ciepły, przyjazny uśmiech był mi już dobrze znany i wyraźnie kontrastował z moimi obawami. Po raz pierwszy zobaczyłam ją kilka tygodni wcześniej. Mimo iż wtedy nie ona się mną opiekowała, zapamiętałam ją ze względu na jej śmiech. Śmiała się głęboko, melodyjnie i donośnie. Zastanawiałam się, co mogło ją tak rozbawić za tymi szpitalnymi drzwiami. Z czego rechotała się w takich okolicznościach? Doszłam do wniosku, że musi zbyt mało wagi przykładać do swoich obowiązków. Chciałam znaleźć pielęgniarkę, która poważniej podchodziłaby do swojej pracy. Ale byłam w błędzie.
Ten dzień wyglądał zupełnie inaczej. Ramona już wcześniej pobierała mi krew, wiedziała więc o moim lęku przed igłami. Ukryła narzędzia pod czasopismem z jaskrawożółtym zdjęciem kuchni, która była właśnie w trakcie gruntownego remontu. Kiedy odpięłam koszulę i zdjęłam stanik, naszym oczom ukazała się świeża blizna i cewnik na mojej piersi.
– Jak tam rana? – zapytała.
– Chyba dobrze – odparłam. – Codziennie obmywam ją dokoła. – Zaczerwieniłam się na wspomnienie o wodzie z prysznica uderzającej w odrętwiałe miejsca.
Wyciągnęła rękę i przejechała nią delikatnie wzdłuż blizny, badając gładkość gojącej się skóry i wyszukując wszelkich nierówności. Zaczęłam cicho płakać. Spojrzała łagodnie w moje oczy.
– Jeszcze jej nie dotykałaś, prawda? – spytała szeptem.
– Nie.
Wtedy ta wspaniała, pogodna kobieta położyła swoją złocistobrązową dłoń na mojej bladej klatce piersiowej i lekko ją tam przytrzymała. Przez bardzo długą chwilę. Nie przestawałam popłakiwać.
– To część twojego ciała – rzekła miękko. – To ty. Dotknij ją.
Ale nie mogłam. Ona więc dotknęła ją za mnie. Bliznę. Gojącą się ranę. A pod nią dotknęła mojego serca.
– Wezmę cię za rękę, kiedy przyłożysz do niej dłoń – powiedziała.
Ujęła moją rękę i nie odezwałyśmy się już ani słowem. To był dar, jaki ofiarowała mi Ramona.
Tego wieczoru, kiedy znalazłam się w łóżku, położyłam delikatnie rękę na piersi i pozostawiłam ją tam, dopóki nie usnęłam. Wiedziałam, że nie jestem już sama. Choć tylko symbolicznie, byliśmy tam wszyscy razem: moja pierś, klatka piersiowa, dar Ramony i ja.

Betty Aboussie Eblis

Źródło: Jack Canfield, Mark Victor Hansen, Jennifer Read Hawthorne, Marci Shimoff, Balsam dla duszy kobiety, Dom Wydawniczy REBIS

Podziel się na:
  • Facebook
  • Śledzik
  • Blogger.com
  • Google Buzz
  • Twitter

Informacje o SiegnijPoZdrowie

Stowarzyszenie Promocji Zdrowego Stylu Życia - filia w Poznaniu
Ten wpis został opublikowany w kategorii Słowa, które leczą i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *